PIĘKNA KALABRIA I OGNISTA SYCYLIA | NASZ HOST RICCARDO


|Pizzo|

Już dzień pierwszy naszego wyjazdu niósł ze sobą zabawne historie. Po wylądowaniu w Lamezia Terme udaliśmy się prosto do biura wypożyczalni Hertz. Biura firm tego typu znajdują się w osobnym budynku, zaraz obok terminalu pasażerskiego.

 

Pani, która nas obsługiwała genialnie wypowiadała się po angielsku, co nie umknęło uwadze Przemka. Okazało się, że pochodzi z Nowego Jorku i mieszka we Włoszech od kilku lat. Barbara, bo tak się nazywała, okazała się miła i pomocna do granic możliwości. Zamiast Fiata Pandy udało jej się załatwić nam ogniście czerwonego Forda Fiestę. Połączenie bardzo włoskiego koloru z amerykańską produkcją idealnie pasowało do tej sytuacji!

 

Po dotarciu do auta szybko ustawiliśmy klimatyzację, bo temperatura prawie zwaliła Przemka z nóg ( w jego odczuciu było 60 stopni…) i wyruszyliśmy do pierwszej miejscowości z listy – Pizzo. Po drodze zatrzymała nas miejscowa policja…


Szczegóły poznacie w naszym vlogu:

W Pizzo, którego drogi są niepoważnie wąskie, zajęło nam chwilę znalezienie miejsca parkingowego. Podstawowe manewry sprawiały trudność, a o zaparkowaniu auta w sensownym miejscu można było pomarzyć. Jakieś 20 minut później udało nam się znaleźć parking, na którym w dodatku zwolniło się właśnie miejsce w cieniu. Pizzo to niewielkie miasteczko z typowo włoskim klimatem. Urocze, małe kamieniczki i wąskie ulice są bardzo charakterystyczne dla włoskiej architektury.


|Główny plac w Pizzo|

Przeszliśmy się po centrum docierając do głównego placu, gdzie w każdej kawiarni można spróbować tradycyjnego dla Pizzo deseru – lodów Tartufo di Pizzo. Prawdziwe Tartufo zjecie tylko tutaj. Lody formowane są ręcznie w kulę, a w środku umieszczany jest owoc, syrop lub płynna czekolada. Historia stworzenia tego wyjątkowego deseru jest całkiem zabawna, bo jak zapewne z wieloma pysznymi przepisami był to całkowity przypadek. Twórcą jest znany we Włoszech cukiernik Don Pippo de Maria, który w 1952 roku organizował wielkie weselne przyjęcie. W trakcie wydarzenia zorientował się, że zabrakło foremek do porcjowania lodów. W desperacji uformował na swej dłoni z lodów kulkę, którą wypełnił płynną czekoladą, następnie zawinął w papier i włożył do zamrażarki. Goście zachwycali się lodami z niespodzianką w środku, bo czekolada zachowała płynną konsystencję. Don Pippo de Maria odniósł ogromny sukces i już wkrótce pojawili się w Pizzo jego naśladowcy. Lodziarnie w centrum Pizzo zaczęły powstawać jedna obok drugiej, a każda z nich, podobnie zresztą jak Don Pippo de Maria, strzegła swojej receptury. I tak jest do dziś.

Następnie udaliśmy się drogą prowadzącą w dół miasteczka i doszliśmy do pięknej, małej plaży. Oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić zanurzenia stóp w morzu Tyrreńskim.

 

 

Główną atrakcją miasteczka jest zamek zbudowany przez Ferdynanda I Aragońskiego w XV wieku. Kilkaset lat później Murat, jeden z najsłynniejszych generałów Napoleona, był w zamku więziony i później rozstrzelany. Wewnątrz znajduje się ekspozycja przedstawiająca figury woskowe żołnierzy i więźniów. Wejście kosztuje symboliczne 2 euro.


|Castello Murat|

Po zwiedzeniu zamku zdecydowaliśmy udać się na nocleg do Capo Vaticano. Villa Basilio okazała się być dokładnie taka jak na zdjęciach – klimatyczna, przytulna i bardzo włoska! Rewelacyjny standard a przy tym domowa atmosfera, którą otoczył nas host Riccardo i już wiedzieliśmy, że to był najlepszy wybór. Z Riccardo spędziliśmy podczas naszego wyjazdu sporo więcej czasu, o czym dowiecie się w dalszych postach.

Najwspanialszym elementem naszego pokoju był balkon z niesamowitym widokiem na miasteczko i morze.


|Widok z naszego balkonu|

Tego dnia wybraliśmy się jeszcze na wieczorny spacer, gdzie udało nam się uchwycić dymiący wulkan Stromboli. Powinniśmy tutaj wspomnieć, że Wyspy Liparyjskie są najbardziej aktywnym sejsmicznie obszarem w tej części Europy. Do tego najbliżej od nich położonym punktem lądowym jest właśnie Capo Vaticano!


|Stromboli|

Po spacerze byliśmy już bardzo głodni, więc rozpoczęliśmy poszukiwania lokalnej knajpy.  Jadąc główną drogą prowadzącą nad samo morze, zwróciliśmy uwagę na restaurację Happy Days i bez zastanawiania zdecydowaliśmy się zjeść właśnie tu. Staranność kelnerów i obsługa stojąca przy nas na baczność sugerowały co najmniej ekskluzywną restaurację, ceny były jednak bardzo przystępne. W karcie można było znaleźć wszystko, na co tylko miało się ochotę. Tego wieczora zamówiliśmy miecznika z frytkami, grillowanego bakłażana oraz gnocchi w sosie pomidorowym.
Do Happy Days wracaliśmy jeszcze kilka razy bo zawsze czuliśmy się tam świetnie i każde jedno danie było wręcz rewelacyjne. Z czystym sumieniem możemy polecić Wam tę restaurację, jeśli kiedykolwiek będziecie w okolicy.

|Miecznik i grillowany bakłażan|

Doświadczajcie z nami!

Relacjonowali Wam: Julia i Przemysław

Linki:

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *