PIĘKNA KALABRIA I OGNISTA SYCYLIA | PIJĄC MARTINI

Rano przywitało nas nasze pierwsze, włoskie śniadanie. Riccardo zdecydowanie dał nam do zrozumienia, że będzie nas na tym wyjeździe rozpieszczał. Dostaliśmy śniadanie na słodko i na słono, żebyśmy mogli ocenić, co nam bardziej odpowiada. Poza tym w takim otoczeniu każde śniadanie byłoby wyjątkowe!

Riccardo zaproponował, że pokaże nam plażę przeznaczoną głównie dla miejscowych. Chwilę po śniadaniu pojechał przed nami swoim autem, wskazując drogę do bardzo malowniczej plaży. Żeby tego było mało, na horyzoncie dało się wypatrzeć wulkan Stromboli. Pływaliście kiedyś z widokiem na aktywny wulkan?

Po porannym plażowaniu, na obiad postanowiliśmy udać się do Tropei. Jest to jedna z głównych miejscowości turystycznych regionu.
Spokojne, kameralne, typowo włoskie miasteczko urzeka klimatem, widokami i miejscowymi sklepikami oraz restauracjami.
Po przejściu przez centrum, naszym oczom ukazał się zapierający dech w piersiach widok. Santa Maria dell’Isola to chyba najpiękniej usytuowane sanktuarium, jakie w życiu widzieliśmy. Kościół jakby wyrastający ze skarpy przy brzegu morza, wokół którego rozpościera się przepiękny ogród. Absolutnie warto wspiąć się schodami na szczyt. Do tego, będąc już na skalistym półwyspie, możemy w pełnej okazałości zobaczyć samo miasto!

Po intensywnym zwiedzaniu, oczywiście czas na… Martini! Znalezienie restauracji serwującej jeden z naszych ulubionych trunków, okazało się prostsze niż przypuszczaliśmy. Do tego mogliśmy wybrać z kilku “drinków specjalnych” na bazie martini. Lepiej być nie mogło! Przemiła kelnerka przyniosła drinki i kiedy już wznosiliśmy toast… Na stole pojawił się talerz przekąsek. Dziwne, bo przecież tego nie zamawialiśmy, a dosłownie zaraz chcieliśmy pójść na kolację! Postanowiliśmy, że nie będziemy marudzić i zjemy naprawdę pyszne przekąski. Jako, że klimat był niesamowity, a pierwszy głód został opanowany, postanowiliśmy zostać na jeszcze jednego drinka. Tym razem Przemek podszedł do naszej kelnerki, próbując doprecyzować, że chcemy zamówić same drinki. Nie mogli za bardzo porozumieć się po angielsku, a do tego Przemka włoski kończy się na słowach pizza i mozzarella... Po kilku próbach porozumienia się kelnerka zapytała w jakich językach mówimy. Język polski padł oczywiście na końcu, bo przecież na pewno się w tej sytuacji nie przyda. Na co Karina odparła: noo trzeba było tak od razu, przecież ja jestem polką 🙂 Okazało się, że we Włoszech mieszka już 20 lat, studiuje w Messynie, a po polsku mówi oczywiście bardzo dobrze. Karina opowiedziała nam trochę o mieście i o tym jak cudownie żyje się na południu. Pozdrawiamy! Oczywiście zamówiliśmy kolejne drinki i zjedliśmy drugi talerz przystawek, bo jak się dowiedzieliśmy już po polsku, zamawiając Martini automatycznie w zestawie zamawia się też snacki do zagryzania!

Doświadczajcie z nami!

Relacjonowali Wam: Julia & Przemysław

Udostępnij:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *